|
|
|
|
|
|
|
|
|
Jak wiadomo, w dniach 7-8 czerwca 2004 roku odbył się R@jd4 w Góry Izerskie. Zbiórka planowana była na godzinę 11-ą na dworu PKS, ale w nocy p. Olo zmienił zdanie. Z samego rana poinformował nas telefonicznie, że zbiórka została przesunięta o pół godziny. Wszyscy byli przed czasem (nawet Kuba).
Bez żadnych przeszkód dojechaliśmy do Świeradowa Zdroju w południe. Teraz ostatnia możliwość zakupu prowiantu, wody i środków niezbędnych do przeżycia w górach. W krótkim czasie dochodzimy do uzdrowiska: tu degustacja wody mineralnej (50 gr. za kubek).
Od pierwszych chwil pobytu w "miejscowości uzdrowiskowej" towarzyszy nam szlak czerwony. Czas najwyższy zacząć prawdziwą wycieczkę. Wchodzimy łagodną asfaltową drogą w kierunku południowym - na Stóg Izerski. Co jakiś czas mija nas auto (autostradę sobie zrobili).

Początkowo wspinaliśmy się jedną scaloną grupą, którą prowadzili opiekunowie, lecz po kilku minutach marszu r o z c i ą g n ę l i ś m y s i ę. Marek zorganizował pojedyńczą ucieczkę. Zdenerwowało to Pana Olo, ale na głupotę nie ma rady. Pierwszy postój (prawdę powiedziawszy, to czekaliśmy na ogon) przy skręcie szlaku z drogi asfaltowej na kamienistą ścieżkę. Tutaj szliśmy gęsiego, ponieważ droga była wąska (nie moja). Znowu wyszliśmy na asfalt. Droga z piękną panoramą na podgórskie miejscowości. Urozmaiceniem wędrówki był wspólny śpiew, a później śpiew Pana Ola - Marek nadal uciekał.
Nareszcie upragniony przez wszystkich postój. Uzupełnienie płynów w organizmie, częściowe zaspokojenie głodu i dalszy marsz po asfalcie. Po kilku minutach szlak czerwony skręca z asfaltu w lewo. Droga wzdłuż lasu iglastego prowadzi aż do samego schroniska. Tutaj nie wiem, co robiła pozostałą część grupy, ponieważ ja, Tomasz i Jakub próbowaliśmy dogonić Marka. Początkowo towarzystwa dotrzymywała nam Ewa i Justyna lecz później zwolniły. Niestety, nie udało się nam dogonić Marka. Razem we 3 weszliśmy jako drudzy przed schronisko. Jak się domyślam pozostała cześć turystów maszerowała podziwiając krajobraz.

Gdy wszyscy zebraliśmy się pod schroniskiem "Na Stogu Izerskim" p. Olo i p. Dominika poszli załatwiać nam nocleg. W sumie zajmowaliśmy 4 pokoje1. Chłopcy osobno, dziewczyny osobno, p. Olo osobno i p. pedagog też osobno. W tym schronisku odświeżyliśmy się, najedliśmy - obiad (głownie pierogi) i odpoczęliśmy. Po południu już bez plecaków wybraliśmy się na Stóg Izerski. Wspinaliśmy się kilka minut już nie asfaltem. Bez namysłu2 postanowiliśmy pójść dalej. Wąską dróżką zeszliśmy na drogę w pobliżu granicy z Czechami. Niewytrwali turyści zawrócili do schroniska3. Reszta natomiast wędrowała dalej. Śpiewem umilaliśmy drogę. Wędrowaliśmy i patrzyliśmy na otaczające nas piękno przyrody.
Szliśmy, szliśmy i doszliśmy na Polanę Izerską. Stąd Czerwonym szlakiem do schroniska.

Wieczorem razem zasiedliśmy do stołu. Każdy rozłożył ściereczkę i wsuwał to, co mu rodzicie zapakowali do plecaka. Jedliśmy swoje i nie swoje produkty. To nie to samo, co kolacja w domu, ale też smaczna. Po "wieczornej uczcie" mięliśmy czas dla siebie. W tym czasie część spacerowała przed schroniskiem, a ja, Tomasz, Ewa, Justyna, Marek i Kuba drugi raz poszliśmy na Stóg Izerski. Podziwialiśmy tutaj zachód słońca. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do schroniska. Późnym wieczorem siedzieliśmy w pokojach: rozmawialiśmy i jedliśmy to, co jeszcze nam zostało. Pan Olo częstował wszystkich krówkami (co z tego, że były to serki topione). Przed snem, dla żartu Marek schował klucz od pokoju i udawał że nie wie, gdzie on jest. Wszyscy zajęci byli poszukiwaniami. W tym czasie winowajca siedział na łóżku i suszył zęby. Po znalezieniu klucza i umyciu się próbowaliśmy zasnąć (każdy w swoim pokoju). Z okien pokoju, w którym spałem był wspaniały widok na Świeradów Zdrój. Długo nie zasypialiśmy. Powodem tego były... powiedzmy, że trzeszczące łóżka.
Pobudka, jak zapowiadał p. Korczak była po godzinie 6 (6:20). Wyjście ze schroniska miało nastąpić o 8:00 dlatego też nikt się nie spieszył z pakowaniem jak i również ze śniadaniem. Niespodziankę zrobił nam p. Olo, jak podczas pierwszego posiłku poinformował nas, że wychodzimy o 7:30. Przez tą informacje musiałem zjeść mniej niż planowałem i szybko spakować to, czego jeszcze nie spakowałem. Po sprawdzeniu pokojów, wszyscy spotkaliśmy się o 7:30 przed schroniskiem. Omówiliśmy tu plan dzisiejszej drogi, jaką mamy przebyć.
Kontynuowaliśmy rajd czerwonym szlakiem. Na przedzie szedł p. Korczak i p. Borodziuk. Towarzyszyli im: Wąsek (ja), Marek, Tomasz i Jakub. Reszta grupy ciągnęła się kilkadziesiąt metrów za nami. Przemieszczaliśmy się wąską drogą, gdzie w niektórych momentach trzeba było iść gęsiego (jeden za drugim). Po lewej stronie mogliśmy zobaczyć negatywne działanie człowieka na przyrodę Izerów. Widzieliśmy tu martwe i pół martwe lasy, które człowiek próbuje odtworzyć. Jak dnia ubiegłego (choć szliśmy inną drogą) doszliśmy do Polany Izerskiej. Tutaj Marek poczekał na pozostałą grupę turystów, a my zeszliśmy niżej na drogę asfaltową i po chwili zatrzymaliśmy się na ławeczkach. Był to pierwszy postój dnia (8 czerwca).

Odpoczęliśmy tutaj, napiliśmy się (pił kto miał, ja nie miałem) i poszliśmy dalej asfaltem. Kierunkiem marszu była "Chatka Górzystów". Trasa mało ciekawa - asfalt cały czas. Dwie rzeczy mobilizowały nas do dalszej wędrówki: widok na wyższe partie gór oraz piosenki w wykonaniu p. Ola tj. np. "Domowe przedszkole" oraz przerobione wersje znanych kawałków. Gdy doszliśmy do wyżej wymienionego schroniska zatrzymaliśmy się tutaj na dłużej. Kilkanaście pamiątkowych fotek, zwiedzanie schroniska, posiłek na miejscu. Warto wspomnieć, że schronisko jest jedyną budowlą, która ocalała z mieszczącej się tu jeszcze w czasie wojny osady. Jest to budynek szkolny (wiadomo - szkoły nikt nie zniszczy). W budynku tym nie ma elektryczności jak i również bieżącej wody, którą trzeba przynieść ze studni. Właśnie p. Olo próbował nabrać wody, ale... wiadro chciało się ochłodzić i samo wskoczyło na dno studni. Tak jak wiadro ja również chciałem się ochłodzić. Na szczęście w pobliżu był strumyk, to się popluskałem. Tym sposobem uniknąłem skoku za wiadrem do studni.

Po wypiciu herbaty poszliśmy zwiedzać Izerskie Torfowisko. W połowie marszu Marek zgubił drogę, a po powrocie na wcześniejszy szlak - szlak się skończył...
Kolejnym celem wycieczki było trzecie schronisko w Izerach, a mianowicie schronisko "Orle".
Droga od Chatki Górzystów prowadziła po asfalcie, ale na szczęście po kilkudziesięciu metrach droga stała się kamienista. Kilka razy przechodziliśmy przez mosty nad strumykami, które wpływały do Izery. Dalszą wędrówkę kontynuowaliśmy wzdłuż rzeki, która wytyczała granice polsko-czeską. Również tutaj podzieliliśmy się na kilka mniejszych grupek i rozciągnęliśmy się. Kilkakrotnie czekaliśmy na oddalający się od nas z każdym metrem ogon. Gdy doszliśmy do zabudowań ujrzeliśmy upragnienie przez wszystkich schronisko. Tu prawie każdy zamówił kilka naleśników - obiad. Zjedliśmy i odpoczęliśmy w schronisku. Później wszyscy siedzieliśmy przed schroniskiem. Część rozmawiała, część bujała się na huśtawce, a niektórzy po prostu siedzieli. Przeprowadzona była też jedna operacja. Nogi Jakuba zostały pokrzywdzone przez buty i skarpetki zalała czerwona farba. Przez to mieliśmy stąd wracać autobusem do domu, lecz upór Jakuba pozwolił nam kontynuować wycieczkę do Jakuszyc. Cały czas miałem skrytą nadzieję, że nie zdążymy na autobus na Przełęczy Szklarskiej i będziemy musieli zejść do Szklarskiej Poręby.

Od schroniska "Orle" prowadziła nas kamienista droga przez las. Po wejściu pod stromą górę zatrzymaliśmy się. Tutaj otrzymaliśmy niemiłe dla większości wyniki testów. Przed nami była kolejna stroma góra, lecz po takiej wiadomości, by wyładować gniew na samego siebie, można powiedzieć, że biegliśmy na sam szczyt. Teraz tylko marsz w dół i dochodzimy do asfaltowej drogi prowadzącej do granicy państwa. Poczekaliśmy na wszystkich i razem poszliśmy na przystanek. Do autobusu mięliśmy jeszcze trochę czasu, wiec usiedliśmy przy stoliku i rozmawialiśmy o udanej wycieczce. Autobus przyjechał punktualnie o godzinie 15:304. Stąd zjazd do Jeleniej Góry zajął nam ponad godzinę. Wysiedliśmy na dworcu PKP i wszyscy wrócili do domu. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że wycieczka była bardzo udana. Wierzyłem, iż będzie więcej chodzenia, ale dzięki temu mamy nowy pomysł na wycieczki rowerowe. Bardzo żałuję, iż w latach kolejnych nie będę mógł towarzyszyć turystom 4 w rajdach organizowanych przez p. Aleksandra Korczaka.
W imieniu wszystkich rajdowiczów pragnę podziękować p. Korczakowi za zorganizowanie wycieczki, a p. Korczakowi i p. Borodziuk za opiekę nad nami przez 2 dni w sympatycznej atmosferze (zapomnijmy o nocy).
Wąsek
- - - - - - - - - - - -
Odnośniki Olowe
1 Tak naprawdę pokoje były 3: Dominika i ja mieszkaliśmy w 1, który można smiało nazwać pokojem otwartych drzwi, podobnie jak pokój męski mieszczący się naprzeciw. Czemu? No wlaśnie, ciekawe czemu? Powrót
2 Kto bez namysłu, ten bez namysłu. Jeśli rajdowcy dobrze wysilą pamięć, to przypomną sobie, że wykonali trasę, którą proponowalem przed schroniskiem, a którą stanowczo oprotestowali, jako zbyt długą i męczącą. Powrót
3 Po mniej więcej 15-20 minutach drogi od schroniska do Stogu odezwała się Anki kontuzja. Po naradzie zawróciła razem z najbardziej tego dnia zmęczoną Martą i nad wyraz opiekuńczym Dominikiem. Powrót
4 A w rozkładzie stalo 15:27, więc niepunktualnie. Powrót
- - - - - - - - - - - -
Lista turystów 4:
Opiekunowie:
- p. Dominika Borodziuk
- p. Aleksander Korczak
R@jdowcy:
- Marcin Wąsowski (Wąsek)
- Tomasz Duszyński (Ghost)
- Ewa Duszyńska (Ew_a)
- Justyna Miksa
- Adriana Szmytkie
- Jakub Senderak
- Klaudia Majewska
- Anna Knap
- Krzysztof Łapczyński
- Kamil Jarzębowski
- Grzegorz Witek
- Marta Szlachta
- Dominik Kulak
- Marek Szklarz
|
|
|
|
|
|